Obornicki Szlak Zaczarowanych Miejsc logo

Bursztynowy chłopiec

Bursztynowy Chłopiec

Wiktorii Gacek, która czeka na cud i na przyjaciół

Słońce świeciło mocno. Żadna chmurka nie zapowiadała zmiany. Tak bywa często w dalekiej

Italii. Słoneczne promienie głaskały zamyślonego mnicha Jordana, który siedział pod drzewem oliwnym.

– Nie mogę wierzyć w pierwszy lepszy sen! – mówił sam do siebie. Miał nie lada kłopot. Przyśniło

mu się, że znalazł się pod wierzbą, nad rzeką. Po jednej jego stronie stała lisica z lisiątkami, a po

drugiej – rodzina borsuków. Na wierzbowych gałęziach przysiadły turkawki, a przed bratem Jordanem leżał chłopiec. Miał może dziesięć lat. Podparty na łokciu patrzył na pluskające w rzece kaczki. Nagle obrócił twarz ku mnichowi i…

– Nie zapomnę wyrazu jego ciepłych, brązowych oczu – mówił jakiś czas później do brata Cyryla – i jeszcze czegoś… Ten chłopiec miał na szyi mały srebrny krzyżyk na jasnym bursztynowym kamieniu.

I jeszcze… W oczach Bursztynowego Chłopca…

– Bursztynowego Chłopca? – zdziwił się słuchacz.

– Tak nazwałem nieznajomego ze snu – pospiesznie wytłumaczył brat Jordan. – W jego oczach krył się smutek i oczekiwanie. On na mnie czeka!

– Musisz więc odnaleźć Bursztynowego Chłopca. – Brat Cyryl się uśmiechnął – Bóg poprowadzi cię do niego, bądź spokojny!

I pobłogosławił brata Jordana na wielką podróż. Przeszedł brat Jordan wysokie i ogromne Alpy. Przeprawił się przez szeroki Dunaj. Po kilku miesiącach doszedł do Pragi i tam, na miejskim targowisku, ujrzał srebrny krzyż na bursztynie.

Był piękny i drogi, ale nawet on nie dorównywał krzyżykowi Bursztynowego Chłopca ze snu. Dowiedział się brat Jordan, że takie bursztynowe krzyże powstają w dalekiej, północnej krainie, co się Polska zowie. I wędrował dalej, od wioski do wioski, od miasta do miasta. Wszędzie o krzyż na bursztynowym kamieniu rozpytywał. Nadeszła kolejna piękna wiosna, gdy brat Jordan usłyszał od pewnego kupca: „Krzyże na bursztynie jeden tylko człek robi. A pan to bogaty i niechętnie sprzedaje albo rozdaje”. Uradował się brat Jordan i o drogę pyta dobrego kupca.

– Idźże, braciszku, na północ, drogą na Kołobrzeg, gdzie miasto przy dwóch rzekach

siedzi. Obory i stajnie są tam królewskie, więc Obornikami je nazywają. Tam pytaj!

Podziękował brat Jordan i wzdłuż rzeki ku Obornikom podążył. Sporo czasu minęło od jego przyśnienia…

„Mawiają ludziska: sen mara, Bóg wiara” – mruczał do siebie. Ciężko mu się na sercu zrobiło, a za sercem i nogi stały się ociężałe. Siadł nad rzeką, na kaczki pływające po wodzie patrzył.

Zapach tataraku i mięty go uśpił, polny mech utulił… Śpi utrudzony drogą brat Jordan nad

Wartą. Chodzą różne cienie wokół niego, ale aniołowie Boży pieczę pilnie sprawują.

O świcie pomodlił się, posilił nieco kaszą i czarnym chlebem, uszykował do drogi, aż tu nagle staje przed nim lisica, a za nią trzy lisięta. Odzywa się więc brat Jordan w te słowa: „Siostro lisico, wszechmogący i wspaniałomyślny Pan nasz, Jezus Chrystus, rzekł o tobie, iż masz swoją norę i rodzinę, ale ja, ubogi franciszkanin, nie mam gdzie głowy złożyć. Czy więc za przewodniczkę chcesz mi posłużyć?” Ledwie to rzekł, a z gęstych traw wychodzi para borsuków

z pasiastymi borsuczętami i bez strachu do niego się zbliża.

– Dziw nad dziwy! – woła brat Jordan. – Rajem wydaje się ta kraina!

Nie skończył się dziwować, kiedy para turkawek siada na jego ramionach i radośnie do uszu świergocze.

– Święty Franciszku! – woła rozradowany brat Jordan – głosiłeś, że wszelkie stworzenie siostrą i bratem nam jest, alem dzisiaj dopiero to zrozumiał!

Pobłogosławił zaraz lisięta z matką i rodzinę borsuków, a na końcu siwe turkawki i pola, rzekę, lasy. A potem ruszył w drogę z całym zwierząt orszakiem i siostrą lisicą przewodniczką.

Ostrożnie mijali stada rogatych krów i szybkich koni, co w słońcu się pasły. Pod miasto

warowne podeszli i zatrzymali się niedaleko ogromnej, starej wierzby.

– Dziękuję ci, siostro lisico, żeś mi przewodniczką była – odezwał się mnich. – I wam,

siostry i bracia zwierzęta, bo rodziną mi się staliście. Sam pójdę dalej, a was znakiem krzyża żegnam!

Pobłogosławił raz jeszcze zwierzęta i postąpił ku wierzbie. Aż nagle ujrzał dwunastoletniego może chłopca leżącego pod drzewem i na łokciu podpartego. Spoglądał on na płynącą rzekę, a prawą ręką dotykał srebrnego krzyżyka misternie na bursztynie osadzonego. Powoli zwrócił głowę ku bratu Jordanowi i rzekł:

– Czekam na ciebie, brązowy ojcze, już od dwóch lat. Zobaczyłem cię we śnie i uwierzyłem, że to znak od Boga.

– I ja cię znam ze snu, Bursztynowy Chłopcze! – Uśmiechnął się radośnie brat Jordan. Dwa lata cię szukałem!

Okazało się, że chłopiec ma na imię Stanisław i od urodzenia nie może chodzić. Jego ojciec pielgrzymował w intencji zdrowia dla Stasia. Zawędrował nawet do Asyżu, do grobu świętego Franciszka, ale poprawy nie było nijakiej. Zafrasował się brat Jordan.

– Dla Boga nie ma nic niemożliwego!

I z wielką mocą pomodlił się nad Bursztynowym Chłopcem:

– Panie Jezu, o którym uczy nas Matka nasza, Kościół Święty i nasz Ojciec Założyciel, święty Franciszek, że litujesz się nad biednymi i nieszczęśliwymi. Uzdrów z niemocy tego oto chłopca, aby mógł Ci z radością oddawać większą chwałę!

Spodobała się widać Bogu ta modlitwa, bo nagle Bursztynowy Chłopiec podciągnął nogi do siebie i… wstał! Uścisnął brata Jordana i pobiegł na własnych zdrowych nogach do matki i ojca.

Brat Jordan i Bursztynowy Chłopiec zaprzyjaźnili się.

Mieszkańcy Obornik prosili, aby mnich nie odchodził. Przyrzekli zbudować klasztor dla braci franciszkanów nad Wartą – tam, gdzie Bursztynowy Chłopiec cudownie do zdrowia wrócił. I tak się stało. Legenda mówi, że w fundamentach budowli, pod kamieniem węgielnym, leży bursztyn z krzyżykiem złożony tam przez Bursztynowego Chłopca. Podobno uzdrowiony Staś podszedł w ślady brata Jordana i, tak jak on, został franciszkaninem. Mawiają też starzy ludzie, że czasami można zobaczyć, jak nad Wartą, wzdłuż klasztorka, przechadzają się dwie tajemnicze postacie w brązowych habitach. Towarzyszy im lisica z lisiętami, rodzina borsuków i para szarych turkawek.

The Amber Boy

The sun was shining brightly. Not a single cloud hinted at any change. This often happens in distant Italy. The sun’s rays gently touched the thoughtful monk Jordan, who was sitting under an olive tree.

“I cannot believe just any dream!” he said to himself. He had quite a problem. He had dreamed that he found himself under a willow tree by a river. On one side stood a vixen with her cubs, and on the other—a family of badgers. Turtledoves perched on the willow branches, and in front of Brother Jordan lay a boy. He was about ten years old. Resting on his elbow, he watched ducks splashing in the river. Suddenly, he turned his face toward the monk and…

“I will never forget the expression of his warm, brown eyes,” he later told Brother Cyril, “and something else… The boy had a small silver cross set in bright amber hanging on his neck.”

“And also… in the eyes of the Amber Boy…”

“The Amber Boy?” the listener asked in surprise.

“Yes, that’s what I called the stranger from my dream,” explained Brother Jordan quickly. “There was sadness and waiting in his eyes. He is waiting for me!”

“Then you must find him,” Brother Cyril smiled. “God will lead you to him.”

And he blessed Brother Jordan for a long journey.

Brother Jordan crossed the high Alps, passed over the wide Danube, and after several months reached Prague. There, at the marketplace, he saw a silver cross set in amber. It was beautiful and expensive, but still not as beautiful as the one from his dream.

He learned that such crosses were made in a far northern land called Poland. And so he continued his journey, asking everywhere about amber crosses. Another spring came when a merchant told him:

“There is only one man who makes such crosses. He is wealthy and rarely sells them.”

The merchant directed him north, toward a town called Oborniki.

After a long journey, tired and doubtful, Brother Jordan rested by the river. He fell asleep surrounded by the scent of herbs. At dawn, he prayed and prepared to continue, when suddenly a vixen appeared with her cubs. Soon after, badgers and turtledoves joined him.

“A miracle!” he exclaimed. “This land seems like paradise!”

He blessed the animals, and they followed him like a procession.

They reached a great willow tree near a fortified town. There lay a boy, just like in the dream, holding a silver cross set in amber.

“I have been waiting for you,” said the boy.

“And I have been searching for you,” replied Brother Jordan.

The boy’s name was Stanisław. He had been unable to walk since birth. His father had prayed for his healing, even traveling to Assisi, but without success.

“For God, nothing is impossible,” said Brother Jordan.

He prayed fervently over the boy—and suddenly, the Amber Boy pulled his legs up… and stood!

He ran to his parents, healed.

Brother Jordan and the boy became friends. The people of Oborniki asked the monk to stay and built a monastery where the miracle happened.

Legend says that beneath its foundations lies the amber cross placed there by the boy.

It is also said that sometimes, by the Warta River, one can see two mysterious figures in brown robes, accompanied by a vixen, badgers, and turtledoves.

Der Bernsteinjunge

Die Sonne schien hell. Keine Wolke kündigte eine Veränderung an. So ist es oft im fernen Italien. Die Sonnenstrahlen berührten sanft den nachdenklichen Mönch Jordan, der unter einem Olivenbaum saß.

„Ich kann nicht einfach jedem Traum glauben!“ sagte er zu sich selbst. Er hatte ein großes Problem. Er hatte geträumt, dass er sich unter einer Weide am Fluss befand. Auf der einen Seite stand eine Füchsin mit ihren Jungen, auf der anderen eine Dachsfamilie. Auf den Zweigen saßen Turteltauben. Vor ihm lag ein Junge, etwa zehn Jahre alt, der auf die Enten im Wasser schaute. Plötzlich drehte er sich um…

„Ich werde den Ausdruck seiner warmen, braunen Augen nie vergessen“, sagte er später zu Bruder Cyrill, „und noch etwas… Der Junge trug ein kleines silbernes Kreuz auf einem hellen Bernsteinstück.“

„Der Bernsteinjunge?“ fragte der Zuhörer erstaunt.

„Ja“, erklärte Bruder Jordan. „So habe ich ihn genannt. In seinen Augen lag Traurigkeit und Erwartung. Er wartet auf mich!“

„Dann musst du ihn finden. Gott wird dich führen“, sagte Bruder Cyrill.

Und er segnete ihn für die Reise.

Bruder Jordan überquerte die Alpen, den Donaufluss und kam schließlich nach Prag. Dort sah er ein silbernes Kreuz aus Bernstein, doch es war nicht so schön wie das aus seinem Traum.

Er erfuhr, dass solche Kreuze in einem fernen Land namens Polen hergestellt werden. Also zog er weiter. Schließlich sagte ihm ein Kaufmann:

„Nur ein Mann stellt solche Kreuze her. Er verkauft sie nur selten.“

Der Weg führte ihn nach Oborniki.

Erschöpft ruhte Bruder Jordan am Fluss. Am Morgen erschienen eine Füchsin, Dachse und Turteltauben.

„Ein Wunder! Dieses Land ist wie ein Paradies!“

Er segnete die Tiere, und sie begleiteten ihn.

Unter einer Weide fand er den Jungen aus seinem Traum.

„Ich warte seit zwei Jahren auf dich“, sagte der Junge.

„Und ich habe dich gesucht“, antwortete Jordan.

Der Junge hieß Stanisław und konnte seit Geburt nicht gehen.

„Für Gott ist nichts unmöglich“, sagte der Mönch und betete.

Plötzlich stand der Junge auf—geheilt!

Er lief zu seinen Eltern.

Die Menschen baten Jordan zu bleiben und bauten ein Kloster an diesem Ort.

Der Legende nach liegt das Bernsteinkreuz unter seinem Fundament.

Man sagt auch, dass man manchmal zwei Gestalten in braunen Kutten am Fluss sehen kann—begleitet von einer Füchsin, Dachsen und Turteltauben.

Pożar, który wybuchł w Obornikach w 1993 r., zakończył historię użytkowania dwukondygnacyjnego budynku położonego nad Wartą, na południe od rynku. Spłonął wówczas dach i cała drewniana więźba klasztoru pofranciszkańskiego. Gmach zbudowano z czerwonej cegły w 1768 r. w stylu późnobarokowym. Dzieje „klasztorka”, bo tak jest powszechnie nazywany, sięgają jednak aktu lokacji Obornik. Do dzisiaj toczy się spór o to, czy klasztor gnieźnieńskiej kustodii franciszkanów w Obornikach został ufundowany przed lokacją miasta czy też po niej. Stąd obecność w literaturze kilku dat określających jego początek na lata: 1259, 1252–1272 lub 1292. Fundatorami byli książę Bolesław Pobożny i jego żona, księżna Jolenta. Pierwotny klasztor miał konstrukcję drewnianą, lecz był wielokrotnie przebudowywany. Po kościele klasztornym pod wezwaniem św. Macieja nie ma już śladu. Do jego ostatecznego unicestwienia przyczynili się żołnierze rosyjscy, którzy podpalili miasto w 1814 r. Drugim ciosem było zarządzenie władz pruskich o kasacie zakonu franciszkańskiego. 13 listopada 1821 roku dobra franciszkańskie zostały przejęte przez rząd. W 1822 r. Klasztor przekazano gminie ewangelickiej, która przeznaczyła go na kaplicę. W marcu 1939 r. Sąd Najwyższy II Rzeczypospolitej rozstrzygnął spór o prawa do klasztorka na korzyść mniejszości niemieckiej, odrzucając argumentację strony polskiej. Przed drugą wojną światową w „klasztorku” mogli więc spotykać się członkowie niemieckiej organizacji sportowej Sportverein, z której rekrutowali się członkowie organizacji faszystowskich, aktywnych w Obornikach przed wojną i w czasie okupacji hitlerowskiej – do 1945 r. Po wojnie, w latach 50., urządzono w klasztorku warsztaty szkolne przy Publicznej Średniej Szkole Zawodowej, a następnie – magazyny i mieszkania socjalne. Dzisiaj położone malowniczo nad Wartą ruiny pofranciszkańskiego klasztoru są pamiątką trudnej historii ziemi obornickiej.